wtorek, 5 listopada 2013

Cudze chwalicie ... cz. 1

Jest pewien owoc, który bywa niedoceniany. 
Myślę, że wynika to z jego powszechności. Nie wzbudza takich emocji jak truskawka czy malina, które pojawiają się i znikają bardzo szybko. 
Owoc, który mam na myśli jest dostępny przez cały rok. Prawie zawsze miałem go ze sobą w szkole na drugie śniadanie.
Stał się dla mnie tak powszechny, że aż nudny. Nie przypominam sobie, by mi go kiedykolwiek brakowało. Co więcej, nigdy za nim nie tęskniłem.
Jabłko. 
To jak mało o nim wiem i jak wielka jest moja ignorancja, uświadomiła mi niedawna wizyta na targu. Stoiska były zastawione skrzynkami z różnymi odmianami jabłek. Ale zaraz, jak to z różnymi odmianami?!  
Pewnie, że słyszałem wcześniej takie określenia jak Lobo, Ligol czy Kortland, ale nie zastanawiałem się czym się różnią. 
Jabłko to jabłko!
I to skłoniło mnie do refleksji, czy aby na pewno.
Postanowiłem przeprowadzić test jabłek dostępnych na rynku.
Ocenić je pod względem wyglądu, smaku i przydatności w kuchni.
Na pierwszy ogień poszły odmiany Lobo, Eliza, Rubin, Gala i Champion.
Zapraszam do pierwszej części mojego subiektywnego jabłko-przeglądu.





Lobo. Odmiana pochodząca z Kanady. Zaliczam go do jabłek miękkich. Skórka jest matowa.  Miąższ jest koloru białego, lekko gąbczasty, piankowy. W smaku bardzo łagodne i delikatne. Z przewagą słodyczy. Raczej suche. Dla mnie zbyt delikatne. Wolę jabłka bardziej aromatyczne, z kwaśnym charakterem. Przeznaczenie tej odmiany to zdecydowanie spożycie na surowo lub ewentualnie przeciery i musy.




Eliza. Odmiana pochodząca z Holandii. Skórka matowa, nakrapiana. Zdecydowanie zaliczam tę odmianę do jabłek twardych. Miąższ koloru kremowego, zwarty, kruchy. Bardzo aromatyczne, o octowo-winnym zapachu. Smak delikatnie kwaskowy, z nutami słodkimi. Dodatkowo Eliza jest bardzo soczysta. Zdecydowanie widzę ją w sałatkach czy surówkach, ale równie dobrze spisze się jako dodatek do wątróbki. Także z przeznaczeniem na kompot. Wyśmienita jako jabłko deserowe do spożycia na surowo. Z powyższej piątki mój faworyt.



Rubin. Został wyhodowany w byłej Czechosłowacji. Skórkę ma błyszczącą, szklistą. Miąższ o żółtym odcieniu, jest miękki i gładki. Rubin jest soczystym i bardzo słodkim jabłkiem. Bardzo aromatycznym. Dla osób lubiących słodkie jabłka, zdecydowanie polecam spożycie na surowo. Mogę sobie je także wyobrazić w przetworach typu dżem czy marmolada. Dla mnie za słodkie.
 



Gala. Pochodzi z Nowej Zelandii. Skórka matowa, nakrapiana. Miąższ miękki, w kremowo-żółtym kolorze. Przyjemny i intensywny winny aromat. Gładki i aksamitny. Smak jest delikatnie kwaskowy, z przewagą słodyczy.  Zdecydowanie do spożycia na surowo.




Champion. Dwa słowa wyjaśnienia do nazwy. Prawidłowa nazwa to Shampion lub Szampion, a w codziennym obiegu używa się nazwy Champion. Widoczna na zdjęciach jest nieprawidłowa, i jest to typowe spolszczenie stosowane powszechnie przez lokalnych sprzedawców. Odmiana ta została wyhodowana również w byłej Czechosłowacji. Skórka jest matowa. Miąższ miękki, koloru kremowobiałego. Jabłko jest raczej suche. Łagodne w smaku i zapachu. Słodkie. Dla mnie jednak mało wyraziste. Jest to odmiana typowo deserowa, do spożycia na surowo. Nie widzę dla niej innego zastosowania.

 

3 komentarze:

  1. Maćku, to są odmiany zagraniczne. Nowa Zelandia, Czechy, Holandia. I tak jest od dawna. Wysokoplenne, odporne na choroby odmiany wyparły wspaniałe, stare odmiany. McIntosh to przecież nazwa jabłka, a nie marka kompa. Kosztela. Czy ktoś pamięta twardą jak kamień, bardzo smaczną kosztelę? Antonówka. Reneta, złota i szara. Itd itd. Instytut Ogrodnictwa w Skierniewicach jest ponoć odpowiedzialny na eliminację tych starych jabłek. Czy to prawda, nie wiem. Może po prostu wyparł je twardy Rynek. Tak czy owak - szkoda. Do piekła z tymi wszystkimi lobo. Pozdrawiam. R. PS. Zapowiada się interesujący blog.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. R. zgadzam się z Tobą co do tego, że rdzenne odmiany są zapomniane. Co do ich eliminacji, to sprawa jest jak to zwykle bywa, bardziej złożona. Na pewno nie obwiniałbym o to Instytutu Sadownictwa i Kwiaciarstwa w Skierniewicach, gdyż moim zdaniem, właśnie jego rolą jest opracowywanie i hodowanie coraz lepszych, a więc również bardziej plennych i odpornych na choroby odmian. Jest to w końcu instytucja naukowo-badawcza.
      Sadownictwo jest takim samym biznesem jak każdy inny. Dzisiejsze sady to nowoczesne, wielkopowierzchniowe przedsiębiorstwa, których właściciele dzień i noc myślą jak wycisnąć z nich jak najwięcej- nomen omen - soku. Myślę, że to po prostu szeroko rozumiana gospodarka rynkowa przeprowadziła naturalną selekcję, promując te odmiany, które po prostu opłaca się uprawiać.
      Jest jednak pewne światełko w tunelu. Organizacja Slow Food promuje co jakiś czas właśnie te stare, zapomniane polskie odmiany. Wynajduje sadowników, którzy jeszcze gdzieś w szczątkowej ilości uprawiają je, i wspiera ich. Organizuje degustacje w ruchliwych miejscach, zaprasza media i w świetle kamer próbuje promować to co jeszcze się da. Tak więc jest nadzieja. Obawiam się jednak, że w czasach globalizacji i unifikacji poszukiwanie różnorodności i troska o tradycję (nawet tę kulinarną) pozostanie w kręgu pasjonatów.
      P.S. Specjalnie dla Ciebie w 3 części jabłko-przeglądu przetestuję kosztelę.

      Usuń
    2. Dzięki. Instytut Sadownictwa jednak ma coś za uszami; kiedyś było o tym głośno. r.

      Usuń